Olga

tę stronę przeglądano: 1 462 razy

Nigdy jej nie widziałam. Historia, którą chcę opisać,  pochodzi wyłącznie od mamy Olgi i wcale nie jest łatwa do przyjęcia, bo… bo jak zaakceptować fakt, że trzyletnie dziecko z dnia na dzień staje się niemal mieszkańcem szpitala?

„Zaczęło się od bólu nóżek”- wspomina mama Olgi – „Mała miała dwa i pół roku. Nigdzie się nie przewróciła, więc myśleliśmy, że to wzrostowe. Ale kiedy dziecko bardzo się uskarżało, pojechałam na izbę przyjęć. Pozostawiono nas w szpitalu. Ja usłyszałam, że jestem nadwrażliwa, ortopeda wezwany na konsultację spojrzał na Olgę i stwierdził, że on tu nic nie widzi. Na tym właściwie koniec.”

„Jak to koniec?”

„Normalnie. Jako nadwrażliwa mama następnego dnia wypisałam małą ze szpitala na własne żądanie. Pojechałam do Lublina, gdzie pani doktor dała leki. Nawet pomogły.”

„Odetchnęła pani z ulgą?”

„Tak myślałam. Przez tydzień. Dolegliwości ustąpiły. A potem Olgę zaczęły boleć nie tylko nóżki, ale i pod pachami. Dosłownie nie dała się wziąć na ręce. Znów wylądowałyśmy u pani doktor, a ona od razu skierowała nas na izbę przyjęć na Chodźki. Pojechałyśmy tam tego samego dnia. I w ciągu dwóch godzin oni już wiedzieli, co jest małej. Spokojnie wyjaśnili mi, że następnego dnia mamy się stawić na pobyt dzienny, bo muszą wykonać bardziej szczegółowe badania. ”

„Jak brzmiała diagnoza?”

„Ostra białaczka limfoblastyczna. W praktyce to rak krwi. Diagnoza brzmiała strasznie, zawaliło mi się wszystko. Lekarze bardzo rzeczowo wytłumaczyli mi, jak przebiega ta choroba i co musimy rozpocząć od zaraz. Założyli Oli cewnik centralny, by bezpośrednio podawać sterydy i chemię. No i zaczęła się nasza droga przez mękę.”

„Zmieniło się wszystko?”

„Tak, i to w błyskawicznym tempie. Pierwszy protokół leczenia trwał 64 dni. To czas spędzony w szpitalu, potworny płacz Oli, sterydy, chemia, płukania…dziecko jest wycieńczone takim cyklem. Potem był następny protokół, teraz jesteśmy w trakcie kolejnego. Mąż zrezygnował z pracy, żeby zająć się małą. Ja po pierwszym pobycie w szpitalu wróciłam do pracy. Ktoś musi utrzymywać rodzinę, mamy jeszcze starszą córkę. Wymieniamy się przy Oli, nie zostaje sama.”

„A starsza?”

„Nie wszystko do końca wie…chyba…a nawet jak wie, nie rozmawia o tym. Przez chorobę Oli zmieniły się także zasady w domu. Kiedy jesteśmy na miejscu, musimy bardzo chronić małą przed infekcjami. Koleżanki starszej córki nie przychodzą do domu. Ona to rozumie, ale wiem, że jest jej trudno. Poza tym Olga ma dietę, co także wiąże się z pewnymi rygorami. ”

„Jak wygląda wasza codzienność?”

„Codzienność? Człowiek w sumie nie zastanawia się nad tym, co to jest codzienność, dopóki coś go nie dotknie. Potem już codzienność to walka. Weryfikacja wyników, chemie, rozdrażnione dziecko, które już nie pamięta, że kiedyś żyło bez cewnika, bo w tym wieku dziecko myśli, że szpital jest w jego życiu od zawsze.  Nie potrafię policzyć ile razy mała miała narkozę, nakłucia w kręgosłup…jedynym pocieszeniem jest rodzina,  w której mamy ogromne wsparcie. W sumie nasi bliscy też musieli oswoić się z nową sytuacją, co z pewnością nie był dla nich łatwe…”

Wiem, dlaczego nie mogę zobaczyć Olgi. Każda osoba spoza stanowi potencjalne zagrożenie. Ale nawet nie widząc malutkiej, potrafię ją sobie wyobrazić patrząc na panią Agnieszkę. Jest bardzo smutna i zmęczona. Uśmiech, który staram się wywołać na jej twarzy, także jest smutny. Przechodzi bardzo trudny czas, który wymaga od niej tyle wytrzymałości psychicznej i fizycznej…

Chyba odgadła moje myśli.

„Wie pani” – mówi cicho pani Agnieszka – „Jestem już potwornie zmęczona. A to przecież nie koniec. Gdyby tak się dało, żeby to był tylko koszmarny sen…ale się nie da…”

Tuż pod powieką zabłysła łza.  Wielka, jak bezradność, bo przecież tak niewiele może zrobić…może towarzyszyć swojemu dziecku w najtrudniejszych momentach i bez wątpienia cierpi razem z Olgą. Najtrudniej kocha się przez łzy.