Wiktoria znaczy zwycięstwo.

artykuł przeglądano: 942 razy

Wiktoria znaczy zwycięstwo.

Ale przecież wszyscy wiemy, że droga do zwycięstwa prawie zawsze jest okupiona bólem…

Przyszli we troje. Ona, młoda kobieta z pogodnym uśmiechem i niepewnością w oczach. On, spokojny i małomówny, ale uważnie obserwujący otoczenie. A z nimi szczupła blondyneczka, wtulona ufnie w mamę. Wiktoria.

Urodziła się w 22 tygodniu ciąży. Ważyła tylko 600 gramów. Od razu powiedzieli nam, że nie przeżyje. Zaczęły się rutynowe procedury medyczne, z góry skazane na niepowodzenie. Ale ona tak bardzo chciała żyć… zabrali ją do inkubatora, podłączyli do jakichś maszyn, a ja umierałam ze strachu. Nawet nie wolno mi było jej dotknąć, bo skóra była zbyt wrażliwa na dotyk.

Szybko przeliczam w pamięci wagę. To jest skrajnie niska waga urodzeniowa. Szanse na przeżycie są niemal równe zeru.

Przyjeżdżałam do szpitala i patrzyłam przez szybę inkubatora. Nie mogłam zrobić zupełnie nic. To był straszny czas. Ja przed szybą, ona po drugiej stronie, podłączona do mnóstwa rurek, wkłuć, z niemal przeźroczystą skórą.

A lekarze?

Oni… no cóż, albo nie mówili nic, albo w taki sposób, z którego ja nie rozumiałam nic. Lekarze chyba nie biorą pod uwagę, że rodzic może być laikiem i nie znać się na medycynie. Jedyne, co do mnie docierało, to informacja, że jest bardzo źle, a przypadek jest właściwie beznadziejny. Żeby założyć jej wkłucie centralne, musieli ściągnąć lekarza się z innej placówki, bo u nich nikt nie podjął się zabiegu na tak małym dziecku.

Ale nadzieja jest niezniszczalna. Czasem wbrew logice.

Tak. Leżeliśmy w szpitalu cztery miesiące, raz było lepiej, raz gorzej. U wcześniaków jest z reguły mnóstwo powikłań, bo narządy nie są jeszcze wykształcone dostatecznie, więc organizm trzeba wspomagać. U Wiktorii tych zaburzeń było całe mnóstwo. Rozpoznano mózgowe porażenie dziecięce, niedowład spastyczny czterokończynowy, niedowidzenie obuoczne, hipoplazję móżdżku i ciała modzelowatego, torbiel pajęczynówki.

To bardzo dużo jak na takie małe ciałko…

Z częścią sobie poradziła. Do dziś pamiętam, jak jechała na zabieg oczu do Centrum Zdrowia Dziecka. Przyjechała specjalistyczna karetka. Cały zespół lekarzy. Przygotowali ją do drogi: z respiratorem, całym sprzętem i powiedzieli nam, że ona może tam w ogóle nie dojechać… to daleka droga, a ona… karetka z przodu, a my samochodem za nimi. To była straszna droga. W życiu nie chciałabym przeżyć czegoś takiego po raz drugi.

Mamie Wiktorii łamie się głos. Jakby nagle znalazła się w tamtym czasie i miejscu. Ale przecież Wiktoria znaczy zwycięstwo…

 Udało się uratować jej oczka, retinopatia się cofnęła, ale jej następstwem jest niedowidzenie. Oznacza to, że Wiktoria widzi, ale musi mieć przedmioty blisko siebie. To już coś. Wylewy w obrębie czaszki też się wchłonęły. Ale niestety, nie ze wszystkim jest tak dobrze. Ona sama nie siedzi, nie chodzi, je tylko zmiksowane potrawy, nie sygnalizuje potrzeb, nie mówi, wydaje jedynie dźwięki. Postawiliśmy na rehabilitację, ale efekty są znikome w stosunku do włożonego wysiłku.

I teraz w sumie jest tak, jak na początku – stoją pod ścianą i nie mają możliwości, by tę ścianę przesunąć. Tyle tylko, że Wiktoria ma cztery lata, a jej rodzice nauczyli się walczyć. Jak ona.

Co można dla niej wywalczyć?

Godne życie. Komisja bioetyki zakwalifikowała nas do podania komórek macierzystych. To eksperymentalna terapia, ale przynosi bardzo dobre efekty, mamy tego przykłady na innych dzieciach. Niestety, jak wszystko, co nowe, jest także kosztowna. Całość terapii, to koszt ok. 26 tysięcy złotych. Zbieramy pieniądze, ale taka suma jest dla nas niewyobrażalna. Nie wchodzą w grę żadne kredyty, bo z czego byśmy je spłacili? Pracuje tylko mąż, ja nie mogę zostawić Wiktorii ani na moment, a przecież rehabilitacja też jest prywatna. Jeśli nie znajdziemy wsparcia…

Znajdą. Muszą znaleźć. Bo otaczają to dziecko niewyobrażalną troską, bo tę miłość zwyczajnie widać. Znajdą, bo droga, którą przeszli, jest naznaczona takim bólem, że trudno to sobie wyobrazić. Znajdą, bo czas, by w tej ścianie wreszcie pojawiły się okna i drzwi.

Kiedy słucha się takich historii, człowiek uczy się szacunku do życia. Ale widzi także jego potęgę, która drzemie nawet w tak kruchej istotce, jak Wiktoria.

Właśnie dlatego 10 lutego, podczas Charytatywnego Balu Walentynkowego, będziemy wspierać Wiktorię Baran z Bratnika. Chcemy, by ta historia miała szczęśliwe zakończenie.

Wiktoria znaczy zwycięstwo – cz. II.

Co roku w okolicach Walentynek odbywa się Bal Charytatywny, organizowany przez Stowarzyszenie Pomocy Dzieciom „Niech się serce obudzi” im. Jana Pawła II. Jego celem jest zgromadzenie środków na pomoc naszym podopiecznym. Na balu spotykają się ludzie ogromnego serca, nasi Przyjaciele od wielu lat. W tym roku impreza odbyła się po raz XIV. Dedykowana była Wiktorii Baran, która potrzebuje środków na terapię komórkami macierzystymi.

Co można zrobić, by pomóc dziecku? Przekonaliśmy się o tym podczas balu i odbywającej się w jego trakcie aukcji. Oto kilka spostrzeżeń.

Jednym  przedmiotów na licytacji był rower. Prowadzący aukcję, wykonał  brawurowy slalom pomiędzy stołami na sali balowej, by pokazać zalety owego sprzętu. Wnioski? Drżyj kadro narodowa kolarstwa polskiego, nadchodzą młodzi adepci sportów ekstremalnych. Na marginesie – rower błyskawicznie znalazł nabywcę J

Niektórzy z naszych gości są wyjątkowo kreatywni. Jeden z nich zaproponował cenę za obraz, a na koniec sam ze sobą o niego walczył, podnosząc stawkę. Mistrzostwo świata. J

Kolejny uczestnik balu wylicytował min. piękne, peruwiańskie rękawice kuchenne. No i tu czujemy pewien niedosyt. Mieliśmy nadzieję, że w związku z powyższym wszyscy goście (czyli ponad sto osób) zostaną zaproszeni na jakieś pyszne pieczyste albo przynajmniej dwunastopiętrowy tort. Ale spokojnie, my jesteśmy cierpliwi J

Mamy uzasadnione podejrzenie, że właściciele Hotelu Wincentów weszli w układ z zespołem Ever, który grał podczas balu. Ci pierwsi postanowili nas przekarmić (jedzenie było pyszne, nie do przejedzenia), ci drudzy zadbali o to, byśmy zrzucili szybko zbędne kalorie na parkiecie. Cel jednych i drugich został osiągnięty J

Podsumowując, było pięknie. Finansowy wynik balu to kwota 11. 218,24 zł. Ta suma  zostanie przeznaczona na terapię Wiktorii. Nie pokrywa ona całości potrzeb związanych z leczeniem, ale z pewnością nie zatrzymamy się w połowie drogi.

Bo Wiktoria znaczy zwycięstwo.

A teraz serdeczne podziękowania dla tych, bez których ta impreza nie mogłaby się odbyć. Lotna brygada o wielkim sercu to:

M.M.Benet, S.Nowakowski, M.Bielecka, o. B.Augustyniak, K.Ołtuszyk, A.Jędryszka, S.Guz, A.Dziurawiec, ZZA Policji, J.Tomasiewicz, R.Szumiec, J.Bodziacki, Jubiler Niewegłowski, Hotel Wincentów, K.Hudaś, M i M z Bramy, A.E.Romanek, J.Knefel, E. Trykacz Carmen, U.Fiborek-Czakon, Mariol, Bank PeKao  SA, J.R.Smyk, Noelle Gabinet Kosmetyczny, A.Kusyk, A.Kowalczyk-Daszczyk Salon Fryzjerski, Atelier Eco Salon Fryzjerski, Luiza Salon Fryzjerski,

Dario, Mlexer, Dekal, PGK Lubartów, Eris Partner, PSS”Jedność”Lubartów, Dent Art M.Skiba –Tatarska, J.S. Siwek, R.Ozonek, DePro, Drimpol, Unilever Głód Solutions, Centrum Wina, Henry Kruse Polska, Ladros, Farutex, Gastro4you, a także Członkowie Stowarzyszenia Pomocy Dzieciom „Niech się serce obudzi” im. Jana Pawła II.

Justyna Wereszczyńska